Keith Flint z The Prodigy nie żyje popełnił samobójstwo

„Odpocznij, Keith, a my będziemy rave’ować dalej” – napisała na Facebooku koleżanka-didżejka na wieść o śmierci frontmana The Prodigy. Jak rzadko kiedy, niemal każdy miał do podzielenia się jakąś prywatną historią związaną ze sławnym zmarłym. Pewnie dlatego, że „crazy firestarter” zdążył podłożyć ogień pod wyobraźnię co najmniej trzech pokoleń.

Dziwny smak rosołu lat 90.

Zazdroszczę każdemu, kto przygodę z The Prodigy zaczął od pamiętnego wideoklipu do „Smack My Bitch Up”. Bo jeżeli udało mu się obejrzeć go w nocnym paśmie którejś z telewizji muzycznych, to wrażenia musiały być porównywalne z detonacją małej atomówki w głowie.

Oto mamy jeden wieczór z życia nabuzowanego mieszkańca Londynu. Obserwowany oczami samego bohatera, który w poszukiwaniu zabawy znajduje wyłącznie przemoc, seks i rozmaite substancje (nie, żeby nie celował właśnie w owe). Nic tak dobitnie nie obrazuje lat 90., a w zasadzie ich intensywnej, mrocznej strony – imprezowej maligny, złego tripu i kończącego wszystko mega-kaca. Reżyser klipu, Jonas Åkerlund, a więc twórca jeszcze świeżych, a już głośno komentowanych „Władców chaosu”, zafundował całej generacji porcję audiowizualnego speedu, który nie kopałby jednak tak mocno, gdyby nie sama muzyka.

Dla jednych „ten pierwszy raz” to „Smack My Bitch up”, dla większości raczej „Breathe” lub „Firestarter”, a więc inne teledyski zrealizowane do utworów z utra-przebojowego albumu „The Fat of the Land”. Przypomnijmy, było upalne lato 1997 roku, a na ekranach telewizorów bisurmanił szalony podpalacz Keith Flint z kolegami. Kto pamięta listę przebojów „30 ton” emitowaną w TVP w niedzielne popołudnie? Diaboliczny wizerunek wokalisty i agresywny atak breakbeatów zmieniły zapewne smak niejednego rodzinnego rosołu.

Nuklearny Johnny Rotten

Sprzedany łącznie w ponad dziesięciomilionowym nakładzie „The Fat of the Land” zapewnił The Prodigy międzynarodową sławę, a ze skądinąd niepozornego Flinta uczynił swoisty ludzki emblemat tego sukcesu. Doskonale pamiętam dzieciaki w wieku podstawówkowym biegające w pirackich bluzach z wizerunkiem jego twarzy, rozdziawionej w pełnym grozy grymasie. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale na nagłą eksplozję popularności zespołu wyrosłego z undergroundu brytyjskiej elektroniki zareagowali nawet bazarowi handlarze.

Bardziej wtajemniczeni znali jednak popularne Prodiże już wcześniej. Debiutanckie „Experience” (1992) i świetne „Music for the Jilted Generation” (1994) sprawiły, że rozniosła się fama o zespole zdolnym połączyć gusta zwolenników tanecznej elektroniki i fanów ciężkich brzmień. W międzyczasie Keith Flint awansował z roli tancerza na występach grupy do jej głównego frontmana. I poniekąd to on okazał się magicznym składnikiem przyszłych triumfów. Ze swoją charyzmą, dzikim image’em i wiercącym uszy “rrr”, nieodrodny syn angielskiej ulicy – wyrzucony ze szkoły w wieku piętnastu lat, wychowany przez buzującą akurat scenę acid house – został symbolem pewnej epoki. Nuklearnym Johnnym Rottenem dla dzieciaków wałęsających się po nielegalnych imprezowaniach i klubach zamykanych na żelazne skoble.

Niezawodna maszyna

„Usiądź, bo mam grubego newsa” – oznajmił mi niemal dokładnie dziesięć lat temu redaktor naczelny nieodżałowanego magazynu „Laif”. Newsem okazał się wywiad z The Prodigy, celebrującym akurat premierę piątego albumu „Invaders Must Die”. W efekcie pogadałem z samym Flintem, rzeczowym, zasadniczym Anglikiem strzelającym zdaniami niczym z cekaemu. Ta rozmowa tylko utwierdziła mnie zresztą w przekonaniu, jak umiejętnie Anglicy odnajdują się w kolejnej dekadzie. Podtrzymując ducha dzikich rave’ów, przenieśli go w nowe realia, sprawiając, że stał się atrakcyjny także dla dzieciaków znających „Smack My Bitch Up” z wersji ocenzurowanej na potrzeby YouTube’a.

Tak samo było i w mijającej właśnie dziesięciolatce. Zarówno „The Day Is My Enemy” (2014), jak i „No Tourists” (2018) to świetne kawałki muzyki oraz kolejne dowody wielkości tercetu tworzonego przez odpowiedzialnych za wokale Keith i Maxima oraz twórcę muzyki Liama Howletta. Trudno wyobrazić sobie tę niezawodną dotąd maszynę bez pierwszego z nich. Według Howletta, 49-letni Flint popełnił samobójstwo. Reszta – jak pisał inny słynny Anglik – jest milczeniem.

Ostry seks z brytyjską premier

W kulturze od niepamiętnych czasów, w różnych wcieleniach przewija się postać trickstera – szachraja, łotrzyka, dobrotliwego cwaniaka, który wzbija się na wyżyny pomysłowości, aby zadrwić z władzy czy obowiązującego porządku. Keith Flint był niewątpliwie takim tricksterem, dlatego nie wypada kończyć wspomnienia o nim w minorowym nastroju. Zamiast wielkich słów i elegii będzie więc anegdota, związana ze wspomnianym już klipem do „Smack My Bitch Up”.

Kluczową (a przynajmniej wzbudzającą najwięcej emocji) rolę w owym obrazku odegrała niejaka Teresa May, której ciało można obejrzeć pod każdym kątem w bardzo sugestywnej scenie seksu. Ze względu na podobieństwo nazwisk do Theresy May, 51-letniej dziś gwieździe branży soft porno, zdarza się wciąż odbierać wiadomości przeznaczone dla szefowej brytyjskiego rządu. Ciekawe czy do podobnej pomyłki dochodzi także w drugą stronę i czy jakiś praworządny wyborca torysów, szukając orędzia pani premier, trafił właśnie na teledysk The Prodigy. Jeśli tak, to pozostaje pogratulować wrażeń. Keith Flint byłby pewnie zachwycony.

Źródło: noizz.pl

Komentarze
Loading...
error: Content is protected !!